Suche torebki z bardzo drobnymi nasionami.

skrzynka_listowa@go2.pl

RSS
piątek, 13 kwietnia 2012

Wyczuwam deszcz już przy przebudzeniu, albo chwilę przed. Tego nie jestem pewna. Podnoszenie powiek nigdy nie było moim odruchem. Mam wrażenie, że od zawsze odsuwam je dłońmi, wcześniej  marszczę ich włosistą skórę w palcach. Tak, niekiedy nocą porasta mnie atłas a przez większość życia mech na powiekach. Tak głęboko ukorzeniony, że latami nie mogę przywyknąć do dnia.

 

17:08, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012

 

Moja modlitwa jest prosta. Chciałabym być. Poruszona wnętrzem ptaka powracającego na wiosnę. Gdzieś w okolice domu moich dziadków, albo tam gdzie zawsze przystaję ze zmęczenia w myślach. Zerwać się, przerazić i już nigdy, chronicznie nie dać się uspokoić. Wywinąć wnętrze ptasiego krzyku o świcie. Na drugą stronę czerwonego gardła.

Bo środek łóżka jest ciężki i ciąży mi karmiąc się drogami mojej krwi. Nie pójdę. Tamtędy chadzają karłowate bożki, którym nie wolno, nie wolno wierzyć. Ja jestem tutaj. Wyławiam sobie siebie  codziennie z pewności, że nie ma miliona dobrych dróg. Ludzie proszą by nie uląc się zła. Mnie podtrzymuje rześki lęk przed droga właściwą. Dziękuję Ci, Boże, że boję się nie bać.

 

 

21:15, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2012
tymczasowy puls

 

Wiem jak ciężko będzie dziś poczuć się lekko. Mój dobry Boże, leżę pośrodku ciała, na które się nie zgadzam. Wlokę je za sobą od kuchni do łóżka, przystaję nim nad ciekawą myślą z Biblii a jednocześnie jego tkliwość oddziela mnie od ramion mojego męża. Męczę się, zamęczam swój dzień. Przeciążam go stawianiem niezgrabnych kroków. Nieposłuszna gruda mojego ciała. Gałgan złowieszczy, syczący twór, który pożarł moją postać.

Przyglądam się jak moje serce porasta cienka skóra ckliwości. Niby delikatna a żrąca, śliska, poślizgnę się na niej i złamię całe serce. Jeśli nie będę czujna, jeśli nie będę upychać nadziei aż po granice myśli. Tkliwe i delikatne jest ciało. Boli, nie naciskaj za mocno. Dusisz się, nie schylaj się zbyt mocno. Nastaw ucha gdy nie słyszysz wyraźnie. Wymaga ode mnie ciało, zaznacza swoje granice opuchlizną, sińcami, brakiem sił, brakiem tchu. Szkolisz mnie, wychowujesz mnie na zagładę niedoskonałe ciało, stawiasz nad przepaścią i krzyczysz: patrz! patrz właśnie w dół! Nie chcesz dać mi nadziei. Ale nie myślę przejąć się zbytnio. Muzyka twojego pulsu jest tymczasowa, samo w sobie nie jesteś schronieniem, nie jesteś napędem mojego życia. Fałszujesz o życiu swoja niedoskonałością, dlatego nie słucham cię uważnie.

Robię się niebezpiecznie czujna. Słowo, gest, papiery wypadające z ręki K. przypadkiem. Jak nasza jaszczurka- wychwytuję, zatrzymuję wewnętrzny wzrok na poczuciu zagrożenia. Dawno podniesione kartki wciąż widzę pośrodku pokoju. A potem długo czuję ten niepokój. Nierozsądnie, niewiarygodnie. Rozhuśtał się splot moich uczuć, gniazdo moich ukojeń. Wbijam wzrok w niebo, wciskam palce w przerwy między innymi palcami dłoni. Gdybym nie mogła udać się do Kogoś, kto widzi we mnie zmęczoną gdy na taką ludzkim okiem nie wyglądam, bezsilną, choć w ferworze walki, tęskniącą wciąż i głodną słów świętych. .. na pokarm dla nadziei… życie nie miałoby sensu. Bez esencji zawartej w niebiosach, bez wyjaśnień niebieskich.  

-

Jutro wyjeżdżam na wieś. Moje kolana odwiedzą wszystkie domowe koty i te dzikie też, w pobliżu rodzinnego domu. Już teraz śpiewają we mnie haftowane dzieła ciotki Heleny. Wyje tęsknie ciemna piwnica ze śpiącą od lat pralnią dziadka. Tymczasem jeszcze patrzę na zmarszczki drewna na stole. Gałązki drzew puszczają pąki w dzbanku. Omija mnie ta wiosna. Oglądam ją zza okien, jak film, ptaki śpiewają jakby nie dla mnie.

 

-

 

21:18, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 marca 2012

to prawda.boli. ale tańczę

21:29, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 marca 2012
taras

Otwieram okno i powtarzam sobie: modlitwa to oddech, świadomy, ale ledwie, ledwie. Ta jedna świadomość  nie powinna boleć. Otwarte korytarze nade mną, nad naszym domem, nad stołem skierowanym plecami do granatu nieba. Kochany mój, powiedz mi jak jest na dworze… Wiem, nie powinnam ale muszę wyjść na taras. Widzę już kilka gwiazd i wyczuwają mnie psy sąsiadów. Pachnie. To dym kominków i palonych gałęzi zmieszanych z tym co unosi się znad cukrowni. Odgłos podróży wyrywa się spod szybkich kół ciężkich aut na trasie z L. Jestem tu pod niebem samiuteńka przez chwilę i wiem ile spraw omija polne drogi wokół domu moich rodziców. Przypominam sobie każdy kamień, każdy zalążek zieleni na wiosnę i śpiew kotów ku życiu, ku potomstwu. Modlitwa to serce wyniesione w szczere pole na wierzchu wiatrów ciepłych a ożywczych. Tak… jestem tu a osiedlowe koty próbują otrzeć mi się o łydkę nie dotykając jej- wypełnić mimo wszystko taniec swojego grzbietu. Jestem tu, żyję. Stoję pomiędzy domami. Mój taras, zupełnie jak tamten, o których czytamy w Dziejach Apostolskich.  Piotr wyszedł się pomodlić, ja także. Nie będę mieć wizji, jak on, ale wrócę do pokoju, do łóżka, do K. z jedną nową myślą. Chcę walczyć jeszcze mocniej. Pod tym niebem, w więzieniu swojego ciała. Liczę na drobne wygrane jeszcze. I przynajmniej jedną wiosnę jeszcze, która przerazi mnie gęstością, pióropuszami, ptactwem. Modlę się a to  znaczy, ze wierzę w to, że Bóg pogładzi mnie swoją dłonią po niedoskonałości. Przepraszam, proszę, ale przede wszystkim dziękuję, że pod tym niebem- już tyle wiem i widzę.

Azalie, pelargonie, róże i gałęzie drzew owocowych przychodzą do mojego domu niespodziewanie. Za oknem zielonego pokoju słychać ptaki. Dziergają swoimi gardłami powietrze, ich śpiewy trafiają na mój stół jak serwetki i bieżniki, urocze, urocze i lekkie, i gustowne. Ale boję się ich, boję czasu, bo przegania pod moim oknem pory roku.  Módl się, módl się to znaczy dziękuj przede wszystkim… Powtarzam sobie.

-

 

20:29, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2012
ułożyć na odpowiednie miejsce

 

Lubię siebie za to, że bolą mnie sprawy bolesne a także za to, że zupełnie nie dotykają sprawy trywialne. Oczywiście mam na myśli wskaźniki bólu i niebólu mierzone wyłącznie moim sercem, moim umysłem i doświadczeniem. Cenię sobie to, że jestem, że mam swoją przestrzeń w głowie na przemyślenia a w sercu na pragnienia. Najsilniej te dwie rzeczy, a poza nimi kilka innych- świadczą o mojej odrębności, więc o moim istnieniu. Nie jestem niesuwerenną kroplą w zbiorowej myśli, wierze i fizjonomii. Mogę starać się iść pod prąd wszystkim i wszystkiemu. Mogę też naśladować znane mi schematy. Wolno mi było i nadal jest- wierzyć Bogu i nie uwierzyć Mu. Mogę starać się okazywać bliźnim miłość, a mogę wymazać z głowy pojęcie „bliźni” i wylewać źrenicami każdemu nienzanemu obojętność, która naruszona staje się wrogością w jednej sekundzie. Mogę wstydzić się nie mieć w domu nic podobnego do tego co mają w domach inni ludzie, mogę nie malować się lub malować bo inni to robią. Mogę wzruszać się nad koncepcją przebiśniegu. A mogę też wziąć kredyt na telewizor, którego nie potrzebuję mieć, ale inni go mają, więc może to zbiorowa intuicja…

Wczoraj polubiłam siebie jeszcze bardziej, a dokładniej, podziękowałam w myślach za to,  że mogłam w sobie to poczuć. Uczucie zasygnowane mną, mój nowy pogląd, moja nowa prawidłowość. Wpleciona w naczynia kłębiące się na sercu.

W Księdze Przysłów znajdujemy takie słowa: „Prawdziwy towarzysz miłuje przez cały czas i jest bratem urodzonym na czas udręki”. Brzmi w głowie: „przez cały czas, przez cały czas, urodzony na czas udręki”. Kiedy moich przyjaciół opuszczają ich przyjaciele rodzi się we mnie bunt. Ten bunt to smutek. Miłość wymaga siły, poświęcenia, odwagi. A czasy udręki, choć dla każdego są czymś innym- to poligon, na którym niesilni w przyjaźni nie giną śmiertelnie, ale odchodzą dalej niż posłałaby ich śmierć, która kiedyś przecież zniknie. Odchodzą z naszego serca, złamanego w pół, na cztery, na wielekroć. Ludzie, którzy byli przy nas, dopóki… nie zabrakło im odwagi by stać przy nas, by nieść nasz ból, nasze kłopoty, nasz stan psychiczny, fizyczny, cokolwiek…  mnóstwo tego…

Na szczęście zostają Ci, którzy stanęli na poligonie obok nas. Lubię w sobie to, że mimo to ja po chwilach udręki i tak tęsknię za tamtymi, którzy zamilkli, poddali się. I czekam. Wiem, że moi przyjaciele, których opuszczono także tęsknią za tymi, którzy porzucili ich w chwilach zawikłanych, niełatwych. Dlatego ich kocham i śnią mi się bursztynowe róże przy moim łóżku.

Ludzie rodzą się ślepi. Czasem odzyskują wzrok po tchórzostwie na kolejnym poligonie. Żyjemy w czasach, w których lojalność jest jak starsza pani, która nie widzi, że jest śmieszna. Ma zakurzone poglądy, ani je przypiąć ani przyłatać. Kiedy mówisz, że nie chcesz łamać zasady Bożej-zdarza się, że ktoś pokrzywia się, drwi. Łatwiej zginąć za ojczyznę, wtedy pogrzeb jest z tak zwanymi „honorami”. Lojalność wobec ludzi, niezależnie od religii jaką wyznają, pochodzenia, wieku, stanu zdrowia- to sprawa natury tak wysokiej, że niewielu dociera na szczyt. Brak lojalności wobec innego człowieka, któremu należy się mieć swoje zdanie od wyboru koloru skarpet- po rodzaj obrządku pogrzebowego- to codzienność, niestety. Komentuje się to, że sąsiedzi za dużo produkują śmieci, choć nie dokłada się im do rachunków, albo to, że czyjaś córka żyje bez ślubu z kimś, kto być może jest taki czy inny. Lubię siebie za to, że lubię ludzi.Za to, że nie boję się wytrać w wybranych przez siebie zasadach a jeśli upadnę- przywoła mnie do porządku mój mąż i moja rodzina. Lubię siebie za to, że modlę się o to także, by jeśli najbliższe mi osoby zawiodą i nie zechcą tego zmieniać, bym została przy tych, którzy trwają przy tym co uznałam za słuszne. Utrata rodziny to jak kalectwo, życie bez kończyny lub możliwości mówienia. Ale zdrada samego siebie, to śmierć powolna, w męczarni. Dlatego tak trudno być lojalnym,  bo mamy wybór a z reguły na naszą opinię próbuje wpływać to co głośne i podstępne. Głosy ludzi łagodnych dobiegają do nas gdy liżemy rany siedząc na zgliszczach. A ci, których poparliśmy poszli z hukiem szukać swego kosztem kolejnych, którzy się nie bronią.

Lubiłam jak Sophie mawiała: może i biedak i pijak, ale jakiej szlachetnej urody! Faktycznie ten człowiek ma najładniejsze dzieci na wsi. Odnalazła w nim to co najlepsze, choć naprawdę niełatwo było i uczepiła się tego, by nauczyć samą siebie okazywania szacunku temu człowiekowi, mimo wszystko. Przypomina mi się to często, zwłaszcza gdy słyszę, że kogoś opuściła przyjaciółka, przyjaciel. Od lat, bliski sercu. Odwagi- myślę sobie, próbując wysłać myśl do tych, którzy opuszczają kogoś ze strachu, z nieporozumień itd... Czemu nie walczysz?

„Ludzie, moja droga, rodzą się bez pokory- mawiała Sophie. Dlatego mają rodziców, którzy powinni z kolei bać się Boga. Całe życie to wielka sztuka, módl się by mówili o Tobie po śmierci, że potrafiłaś pochylić głowę przed opuszczonym, pomówionym, głodnym. Inaczej nie ma sensu to całe gadanie o Bogu, stawianie ołtarzy… To, że ktoś postawił Bogu kwiaty,  nie znaczy, że Bóg patrzy na nie z radością. Kain i Abel się kłania, pobudki…”

-

 

 Dzień nie jest łatwy, słyszę coraz więcej ptaków. Potrzebowałabym leku na wszystko co może w ciele ludzkim boleć. Ostrożnie przesuwam przedmioty na wielkim drewnianym stole. Wpatruję się w regał, który zrobił dla mnie mój mąż. Muszę zmusić swoje ciało do bolesnego rozciągania. Modlę się spokojnie, tak jak się ćwiczy, miarowo, nie łapczywie. Tak jak się modli o mądrość, która w praktyce zaboli nasze oszołomione postępki.

 

19:01, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 marca 2012

Sophie mawiała: zmyj rano kuchenną podłogę, a zobaczysz, że cały dom podporządkuje ci się zanim zajdzie słońce. O świcie, jeśli to możliwe, zbieram siłę by zmieść i zetrzeć chociażby wejście do kuchni, dwa kroki białych kafli i dwie stopy wykładziny. Unikam luster, zostawiam oczy i stopy na nieciągłych, matowych powierzchniach. Budzę w sobie swoich wewnętrznych żołnierzy. Walczymy, modlimy się, zdobywamy ziemie. Jak Izrael dzielący między plemiona podbite obszary Ziemi Obiecanej.  

 

Wygrywam, piję sok z granatów. Odpoczywam. Mój dom, mój.

 

17:27, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2012
wdech, wydech i zerwane kwiaty

Dobry jest ten dom i nie omijają go światłocienie. Na szczęście pranie rozciągnięte wzdłuż oparcia fotela,  krzesła i kolejnego krzesła- nie schnie równomiernie. Nie mamy już tak oczywistego oddechu- ani odświeżona po mnie pościel, ani ja. Jelenka rozrzuciła po całym mieszkaniu materiały, szyje, wyszywa, projektuje. Wczoraj, wieczorem leniwym choć obolałym, półleżałam w fotelu, u wejścia do kuchni. Jel godzinami rysowała na materiale, wycinała, zszywała, poprawiała. Mam czytać? Czytaj, czytaj- mruczała pod nosem. Przetoczyły się tego wieczora słowa święte i powszednie, odczytywane na półoddechu, na nieoddechu, na nerwowym i niecierpliwym poszukiwaniu tchu, który wypełni kolejne zdanie odczytane z Dziejów Apostolskich. Noc była bardzo ciężka, w zasadzie odpuściła złowieszcze ciemnie w moim ciele, dopiero około trzeciej popołudniu. Ale stała się nieważna, rozchodziłam ja na siłę dla dziewcząt. Obecność Jel i A. zawsze dodaje mi zdrowej radości i siły, nawet w tak trudnych i zmęczonych chwilach. Młode kobiety, świeże bluzki, ich szminki między moimi tabletkami. Pełno niedopitych kieliszków po winie, nadpoczętych ciasteczek, kolorowych, śliskich gazet. Dobre, kochane dziewczynki. Kiedyś prowadzałam je za rączkę. Popatrzcie, to jest staw, a tam las, lecą gęsi i przecinają niebo jesiennie… Kiedy patrzę jak wyrosły, jak mocno już stoją na swoich drogach- jestem wdzięczna, że mają ochotę jeszcze zachodzić na moją. Świeżo zerwane kwiaty z ogrodu, moje kochane dziewczynki pośród mieszkania, w którym mam poczucie zatrzymanego czasu. Nie czuję strat, ani postępu. Jestem tu i podaję Jel i A. rękę.

Chodź, umyjemy Ci plecy. Ja myję- krzyczy ochoczo Jel- a A. nam poczyta!. Mam ochotę poprosić je żeby mnie zabrały na spacer. Gdzie teraz jest łąka? Gdzie las? Czy na pewno tam, gdzie go zostawiłam trzy miesiące temu? Powiedzcie, powiedzcie jak to jest czytać tak zachłannie, pić i tańczyć, nie spać? Ja ledwie znoszę teraz niespanie i przemęczone ciało. Z radością, z jednego punktu naszego domu przyglądam się temu obrazkowi. K. donosi mi kubki z wodą i lekarstwem. Wie, że tylko trochę włączam się w te rozmowy. Chłonę ten wodospad słów i śmiechu A i Jel. Znów zrobi się tu tak cicho, wyruszą do szkół. A moje łóżko zagra mi na guzikach poszewki i przekona mnie do cichego życia w oczekiwaniu na K. Codziennie, rytmicznie. Nawet gdy nie śpię i niepokoję sen K. Wdech, wydech, Mój Kochany…

 

Późnym wieczorem ktoś dzwoni do drzwi i wręcza K. kopię słoneczników van Gogha dla mnie. Od Pani Kasi staruszeczki, pamiętała... Piękne.

 

00:52, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
środa, 15 lutego 2012
drzazgi stwórcze

 

Mężczyzna powinien mieć  nieciągłość pośrodku wnętrza dłoni . W równej odległości od każdego z palców, na ile to możliwe, ta nieciągłość powinna być zaciśnięta, pulsująca a nawet obolała od samej siebie i opuchła. Jakby spotkały się dwie unerwione siły i z całej mocy spętały się jak cienkie a wytrwałe nici rzucone obok siebie… które to zwykle nie wiedzieć jak i kiedy stają się ciężkie do rozdzielenia. Tak, ta nieciągłość powinna być obolała. Wtedy bowiem łatwiej o niej pamiętać, bezwiedniej jej użyć, jak nadwyrężonego stawu, jak niedowidzących oczu, nie myśląc za wiele… działać w oswojeniu.  Mężczyzna powinien mieć tyle rozpędzonych sił i tętniących tkliwości w dłoniach, żeby mógł je wtapiać w drewno, jak w masło. Przerwana ciągłość wiśni, dębu , sosny. Kawałki tych drzew ułożone pod dłońmi wujków, ojców, pradziadków i dziadków- jak gliniane naczynia zadławione mąką, z której w jedną chwilę i lekko zamiesza się ciasto. Mężczyzna powinien zrobić swojej żonie stół, krzesła, głęboką skrzynię na chustki i chusteczki, ścierki i ręczniczki, obrusy. Skrzynia powinna zaciągać się powietrzem zza otwartych wiosną i latem okien. A wiosny powinny być jednoznaczne ulgą, jak rozgrzeszenie. A latem powinny zapłakać w  stole resztki żywicy. Właśnie wtedy, gdy umęczone pod słońcem , poruszone w każdym stawie ciała ludzi pracujących za dnia w ogrodach, na polach i w obejściu- padają do łóżek, ze wzrokiem skierowanym w głąb snu wyswabadzającego zmęczenie… właśnie wtedy powinny otworzyć się niezaschłe całkiem rany drzew i każdego lata zapłakać jak płacze się nad stratą. Latem, widzi się lepiej wszystko co regularne i obłe. Pękate ziarna zbóż, słońce kapiące z pełnych owoców. Nawet deszcz jest wtedy kształtny, jak krople potu nad nawadnianym bez końca warzywnym ogrodem. Można płakać, płacz zgubi się w oparach a otwarte rany konających drzew ściekną, zbrylą się w ozdobę na czyjejś szyi, na haszysz, na terpentynę, na krwistą lub smołową lakę, z której ciotki tak lubią mieć ozdoby. Mężczyzna powinien wziąć w swoje ręce tę śmierć, te łzy i piękno wyrwane z serca drzewa, drgające w meblach, pośród pierwszej nocy zaślubionych kochanków, pośród ostatniego posiłku przy stole o własnych siłach, o gołębich skroniach.

 

Tak, mężczyzna powinien wyrwać  drzewom piękne łoże pod swoje małżeństwo, jest to przecież zaczyn pod rodzinę, pod dom, pod nieskończoność, pod pamięć, która jest duchem, któremu ciężko się oprzeć.

Mężczyzna nie powinien wyławiać z drewna dla sobie właściwie tylko trumny. Mężczyzna bowiem jest od tego  by dać rodzinie nadzieję na wieczność.

--

K. od poniedziałku ma urlop. Wieczorami spotykamy się nad Księgą Jozuego, wyobrażamy sobie siebie tam, wokół Jerycha. Zwłaszcza, że zapach Ziemi Obiecanej daleki od tego co za oknem, więc mocno otwieramy swoje głowy i serca. Chcemy rozumieć, chcemy wiedzieć, czuć.  Pięknie, pięknie sypie za oknem. Przywiązał mnie stół w zielonym pokoju, nie chce od niego wstawać, przede mną góra porośnięta drzewami napojonymi śniegiem jak opium. Prowadzę trudne rozmowy, znieczulacze ułatwiają mi nieprzebieranie w słowach nieociosanych, ale koniecznych. Piękna ta zima, niestety gdzieś tam ludzie tracą na drogach przez nią życie. Jestem tu zupełnie cicha w środku. Zmuszam swoje ciało do poświęceń. I modlę się kolorami żniw i jestem syta, choć stoi w sercu kropla żywicy z dziadkowego stołu. 

 

 

 

18:56, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2012

 

Ktoś zamalował poniemieckie drzwi zieloną, olejną farbą. Zaczęła łuszczyć się  od strony mieszkania a jej płaty były grube, ostre po brzegach. Widywałam Sophie jak gładziła je wskazującym palcem. Dzień ku temu nie musiał być pochmurny, jak to zwykle przypisuje się melancholijnym. Najgłębiej mam w sobie ten obraz w środku mroźnej, przepięknej zimy.  Słońce przekłuwało każdą przestrzeń między wnętrzem domu a prześwitem, który nie potrzebuje zamieszkiwać budynków.  Nieregularne łuski wyglądały jak  odginające się ludzkie plecy w akcie miłości albo zniewalającego cierpienia. Nie rozumiałam tego, a Sophie wtedy widziała tam cale światy. Dziś te światy widzę i ja, chociaż farbę ściągnęła z drzwi gumówka któregoś lata po śmierci Sophie. Sztywne, uparcie wyginające się do tyłu... mam te płaty pod powiekami, rozdrapują mi pole widzenia.

Dziś ja zagapiam się na kawałek narzuty zwisającej mi z obolałych kolan. Druty ciotki Heleny i ciemne miejsce za drzwiami jej pokoju, kryjówka, fotel, który łatwo ukryć  przed tymi, którzy mogliby z rozmachem otwierać drzwi.  Kryjówka cioci Heleny, kryjówka przed pamięcią, albo kryjówka jej pamięci przed światem.

Jel. zabiera ze Straganowego mieszkania moje modlitwy i nosi je w pamięci. Czasem wypowiedziane w sztywnym wygięciu, czasem w ciemnym fotelu. Pamięć jest szkieletem nieba rozciągniętym nad  ludzką rodzinnością. Jak więźba dachowa, drewniana konstrukcja z aortą- moja rodzina. Słyszysz jak moja krew zwalnia oczekując Twojej? Wzdłuż czasu i spękanych murów rodzinnego domu… moja mała Jel.

(Joseph Todorovich)

Moje dobre mieszkanie, pełne skorup malowanych przez teściową… otoczyło mnie spokojem. Wiem, że dzieje się tu poza mną inne życie. To, na które nie mam teraz głowy i siły, to, nie tak istotne, ale należące się ludziom zdrowym, mającym przed sobą wyjście do kina, sklepu, pracy. Codzienność jest przywilejem, rutyna pokarmem.

Dlatego siedząc wsparta w łóżku o ścianę usługuję życiu, którego teraz nie mam. Z wnikliwością i skupieniem umiera z głodu moja potrzeba monotonii.

-

Jelenka w autobusie, pisze smsy, że niebawem, że wkrótce…  A ja wiem, że nie mam siływejść na jej ścieżki jeszcze. Wczytuję się w Jej życie jak w powieść. Przyglądam się, rozglądam wokół. Od tygodni te miski, kubki, meble. I czasem cisza tak cicha, że kwiaty mówią do siebie przez ściany. Tylko Zosia smaży co jakiś czas, albo gotuje w mojej kuchni. A ja czuję na plecach zapach leśnego ogniska. Zostaje tu po Niej zapach i myśl na obrzeżach kuchennego stołu.

 

18:55, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25