Suche torebki z bardzo drobnymi nasionami.

skrzynka_listowa@go2.pl

RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
vincenzo campi lub Zosia w mojej kuchni

W środku nocy opieram czoło o zimną ścianę. Modlę się bezszelestnie, nie zostawiam śladu na nocy. Właściwie przywykłam do braku siły i znów mogę świadomie powiedzieć, że nie przestaję być szczęśliwa. Mam przepełnioną lodówkę, nie panuję nad szafkami w kuchni, nad wanną i lustrem. Ted dom przygarnął mnie jak matka, zrozumiał moją słabość. 

Dobry jesteś Mój Boże i wiesz, i widzisz, i trzymasz moje kości między swoimi palcami. Kiedy to wiem- nie boli. 

 

Przeglądam malarstwo zebrane w ostatnich folderach. Zupełnie jak w mojej kuchni- pełna misa owoców, Zosinych pierogów i zapach babci Mariny, gdy na stolnicy świeże dłonie zostawiły odcisk swoich zmarszczek. 

Mojej chorobie towarzyszą ludzie, codziennie, zdarzają się zupełnie dla mnie nowi. Wciąż nie wiem czy chcę by mnie taką znali. Zamkniętą w ciele z nadpobudliwym i wielosłownym duchem. 

Mam w sobie wiele tęsknot w tym stanie. Za moją torebką codzienną, za zimą, której nie dotykam nawet twarzą, bo zaledwie trochę, niewiele i z pośpiechem, za pukaniem do drzwi, za słowem po słowie na tematy niebieskie. Mój Dobry Ojcze, wszystkie nocne zwierzęta odciskają na śniegach, piaskach, wodach i łąkach- Twoje Piękne Imię. 

Drżę na myśl o stworzeniu i kłaniam się każdą myślą. 

01:41, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2012

 

Rodzina z Kijowa podaje kolejne litry soku z granatu, piję, jedyne co pomaga mi na mdłości. Modlę się powoli, czytam uważnie. Mówię coraz więcej do samej siebie. Ze świata, który istnieje poza mną i moim ciałem dostaję wiele kwiatów, czekoladek i listów. Tamten świat wypowiada też za mną modlitwy. Moja piękna i dobra rodzina.

Babcia Marina podała stolnicę dokładnie taką jak chciałam. Z zaschniętymi płatami mąki, wysychającą jakiś czas w spiżarni, otłuszczoną zmęczeniem Marinowych dłoni. Postanowiłam zrobić dziś obiad. Wstałam, skroiłam mięso, udusiłam cebulę i pomidory. Udało się, z przerwami, ale udało. Ułożyłam stolnicę dokładnie, brzeg do brzegu na drewnianym stole. Celowo kroiłam na niej wszystko, dotykałam każdym widelcem i każdym nożem, który był mi potrzebny. A potem ścierałam z niej  zabierając jak najmniej z babcinej mąki. Pod gąbką nasączoną wrzątkiem stolnica zapachniała dokładnie tak jak się wydaje piękny dźwięk. Jedyny taki sobie i całemu światu jedyny. Najlepszy, jaki każdy w sobie ma, w odpowiedniej do tego chwili. Zapach starej, pełnej po brzegi spiżarni. Tak pachnie tylko praca rąk człowieczych połączona z pracą ziemi i ogrodów. Zapasy, przetwory, lniane worki z suszonymi płatkami jabłek. Dobrze to sobie wymyśliłeś, Kochany Ojcze, mówiąc do pierwszych ludzi by uczynili sobie ziemię poddaną. Chodziło o te piękne relacje ze światem roślin, zwierząt, oceanu i ziemi. Tobie chodziło o piękne współbycie. A myśmy tak nabrudzili…

 

15:56, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012

Śpię coraz mniej. Tej nocy nie zasnęłam wcale.

Nie będzie łatwo pozbierać te myśli. Rozrzucone po domu, naszym świeżym, małżeńskim kawałku życia. Zawieruszą się, nic dziwnego. Kiedy tylko na chwilę zniknę- nie będą łasić ci się do rąk. Raczej schowają się, wcisną pod blat kuchennego stołu. Już widzę ogród jesienny, zaraz koło domu moich rodziców orzech zakurzy swoje liście moją pamięcią. Piaskownica, lalka, drewniany pociąg. Podzieje się gdzieś, nie całkiem zniknę. W zasadzie odkąd jestem walczę o przetrwanie. Kiedy uległam wypadkowi, przy pierwszej bolesnej próbie poruszania lewą ręką, nie mogąc się podnieść- zdecydowałam zacząć pisać. Szybko nauczyłam się leworęczności, do dziś w pierwszej chwili stresu ratuję się lewą ręką. Chwytam się ściany, poręczy, łapię za głowę. Zrodziłam wiele myśli, ułożyłam z nich całe kopuły, jak na świątyniach. Były też codzienne jak spacer psa po podwórku. Pies był stary i doświadczony, do szpiku kości znał moje kaczki, więc nie atakował już.

 

17:40, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 stycznia 2012

Nie wstawałam kilka ostatnich dni. Dziś wstałam, zaparzyłam kawy, zgubiłam włosy w kuchni. Od tak dawna noszę chustki, że nikt nie zauważył zmiany. Bolą mnie plecy i boli mnie myśl, ze może jutro znów nie wstanę. Ezechiasz pisał: „Zwinąłem swe życie jak tkacz, odcina się mnie od nici osnowy…”. Mam przy sobie ludzi, wielu ludzi. A jestem przepastnie samotna. Ból jest długim i ciemnym tunelem. Wysychają oczy od tak głębokiego cienia, podobnie jak tracą zdolność widzenia w ostrym świetle. Wciąż pamiętam: trzy koszule na kolejne dni. Choć mylą mi się dni, każda chwila bez K. w bólu jest nie do przeoczenia.

-

Jak dzikie źdźbło trawy, urodziłam się w wietrzny dzień. Wyssałam to z mlekiem dziadków: czujność w ciemnych tęczówkach. Rozedrgane dłonie, łatwe do starcia paznokcie- jak zapowiedź trzęsień  ziemi, którą mi obiecano. To niemądre w ustach człowieka znającego Pisma, wciąż przeczuwać śmierć, od pierwszych przeczuć. To niedobre w myślach dziedziczącego pokój-  samemu sobie przyrzec walkę.

Walczę. Na kuchennym parapecie zobaczyłam swoje kwiaty. Udało mi się zrodzić nowe rośliny. Nie umieram.

 

02:13, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
środa, 28 grudnia 2011

Na palcach idę po Twój sen. Ten ból nam siebie nie zabierze. 

00:30, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2011
magiel

 

W moich opowiadaniach kobiety nie mają dzieci. Dzieci nie dochodzą do skutku, czasem umierają w połowie drogi do ujrzenia świata. Kobiety, które znam rozwodzą się, często bywają pojedyncze z wyboru, właściwie z przymusu. Przymusem są dla siebie one same- konstrukcja ich serc, ich wspomnień i pragnienia, którym próbują sprostać. Ludzie z moich opowieści zakochują się podobnie. Nawet jeśli jest to pełnia lata- wiatr musi być chłodny, w okolicy powinna szaleć gwałtowna burza. Jeśli miałoby być nieruchomo, jeśliby drzewa miały po prostu zwracać się do słońca- przynajmniej ptaki rozdzierałyby powietrze tęsknotą. Albo krzykiem, do którego nie dałoby się z łatwością przyzwyczaić.
Ludzie, których kocham nie nadają się do kochania. Co nie znaczy, że nie zasługują na miłość. Kocham ludzi trudnych, którzy jak te drzewa- nawet jeśli warunki sprzyjają- muszą w sobie uwić coś rozdzierającego. Ludziom, których kocham trzęsą się dłonie z wrażenia, uginają się nogi, szaleją myśli. Ale też ci sami- wybuchają niebezpiecznie, trzaskają drzwiami, używają zbyt wielu słów. Oczywiście bywają też do znudzenia codzienni i przewidywalni, ale to dlatego, że niemal wszystko co zostało stworzone- nawet w formie niedoskonałej jak w tych czasach- ma w sobie resztki chociażby instynktu samozachowawczego. Wezbrane fale krwi niosąc większość materiałów łatwopalnych- czasem zabiorą coś przypadkiem, podmyją chłodnawe kamyki źródlane. Stąd normalne dni. I dyskusja na temat podgrzania w mikrofalówce. Na szczęście.

Nie przypuszczałam, że piszę o sobie. Wybuchy niedotykalności, przeobrażenie w niemowę żyjącą za grubymi zasłonami, z dala od ludzi i światła- zasłoniłam chorobą. Tymczasem niedługo napiszę o sobie: jestem trzydziestoletnią kobietą, nie mam dzieci, nie będę ich mieć, a opieka nad wymagającą rośliną to dla mnie zbyt odpowiedzialne. Zapadam się na długi tygodnie, czasem świadomie przeżywam tylko trzy czwarte roku, kolejna część to przetrzymanie na lekach przeciwbólowych, albo walka sercem, które czerpie za dużo, za dużo chce. Więc może przez pół roku będę mogła być żoną, piec chleb, wymyślać nowe dania, płukać firanki, kochać się z mężem. A co kiedy piszę? Odhaczyć noce na pisanie, TE NOCE- mowa wyłącznie o tych, które po prostu nie dadzą mi wyboru, bo i takie bywają. Wszelkie próby oszukania rozpoczętej opowieści- szybkim jej zakończeniem- nic wtedy nie dają. Muszę zniknąć i oddać co należne studium filiżanki, powietrza, pragnienia- bo głównie na to tracę całe zdania. Na odwzorowywaniu w bohaterach własnego zagapienia. Im mocniej walczę z tym- tym zabawniej. Poddałam się w tej dziedzinie samej sobie, póki co. Powiedzmy, że wrócę o świcie do łóżka, powiedzmy, że rano posłużę mężowi kawą, śniadaniem. Jeszcze zanim wyjdzie- zdradzę Go wstydliwie powciskanymi karteluszkami w kieszeniach podomki. Posmaruję Mu chleb, ale czemu teraz nie napisać, teraz, zaraz- jak moja bohaterka by to zrobiła? Że zupełnie inaczej niż ja- najpierw rozgrzałaby masło na słonecznym parapecie, ale tylko tyle ile zamierzała zużyć…

Jeśli już zasnę normalnie- potrzebuję świtu dla siebie. Przywykłam sama się modlić, sama czytać tekst dzienny, pić kawę niespiesznie- określając swój stan na dziś i dopasowując do niego plan dnia- tak, by możliwie pęczniał, ale miał też odpowiednią przestrzeń. Przypominam sobie dziadka, jego samotność w zakładzie krawieckim. Jego życzliwość rodzinną, społeczną- ale dokładnie wyważoną, dokładnie wykupioną w czasie. Zjawiał się na posiłku, oczekiwał tylko chwilkę potem, duszkiem wypijał przegotowaną wodę. Zaparzał mocną herbatę i znikał ze szklanką w dłoni. Zaraz potem słychać było maszynę, ciężkie nożyce, bele materiału rzucane na stoły. Przestrzeń, którą tworzył w warsztacie- była tylko Jego, muzyka, którą stwarzał przy tym- była tą, której właśnie chciał słuchać. Był naprawdę spełnionym człowiekiem, spokojnie niespokojnym, jak się potem okazało. Umarł ze strachu- nikt nie miał odwagi dokończyć skrupulatnie zafastrygowanych płaszczy. Babcia szybko warsztat przerobiła na pokój, a pokoje na warsztat. Wiem, że czemuś to miało służyć, choć wtedy wydawało się absurdalne. Warsztat dziadka zawsze nim będzie. Zeszłam do starej pralni, dotknęłam dziadkowego magla, który zjechał już kawałek świata. Nikt go już nie chce, może pozwoliliby mi go zabrać ze sobą? Mogę nie mieć swojego biurka, ale może mogłabym ten magiel, skoro maszynę, zupełnie słusznie podarowano cioci Helenie.

Wszystkie twórcze i śmiertelnie niebezpieczne więzi- łączą mnie z kobietami w mojej rodzinie. Często upajam się ich urodą, intelektem- wpadając przy tym w pułapkę porównywania ich do siebie. Niemożliwie tęsknię za Sophie, za siłą, którą magazynowała w maleńkiej postaci. Za głuchą na argumenty wiarą w to, że droga do Boga jaką wybrała- jest jedynie dobrą. Że pochodzenie, które skapało na Nią od ojców- zagwarantowało Jej usprawiedliwienie na wyniosłość do końca życia. I domniemaną nieomylność, która dla mnie kilkuletniej była jedyną stałą życiu. Kocham Sophie jak matkę, którą moja mama nie była. Jak matkę, której się chciało wpajać mi, wybijać z głowy, trzymać w ryzach, wymagać. Ale też kochać na tyle ile się dało- mając posiniaczone, zwichnięte serce- jakie miała Sophie. Do dziś noszę Jej rzeczy, pasują na mnie prawie wszystkie. Otaczam się Jej przedmiotami, przywykam do nich, lubię je, są jak wybrane przeze mnie. To wyjątkowy związek, jedyny taki i niepowtarzalny. Nie wnuczka- babcia, ale mistrz i uczeń. Dlatego nie pamiętam złego, wiem, że dostałam coś czego nie przekułabym w planetę diamentów.

Możliwość obcowania z ciotkami- jest jak możliwość noszenia ręcznie haftowanych spódnic. Specjalnie pod mój kolor oczu, w moim stylu. To dodatek do dziedzictwa, którego nie powinno się sobie odmawiać, choć pierwszym z pytań może być złośliwe- „to prawda, że rodzice Twojego narzeczonego nie są po studiach?”. Każda ciotka, z którą mogłam pomieszkiwać to odrębna historia. Pośrodku tej pachnącej i barwnej karuzeli rozgadanych (jak ja) kobiet- byłaby opowieść o cioci M, kochanej cioci M, mojej obłąkanej, najpiękniejszej, najlepszej cioci M. Odkąd Jej nie ma ze mną- odpoczęłam, nie muszę wciąż bać się ,że zastanę Ją przerażoną, że nie da sobie przetłumaczyć, że nikt nas nie podgląda, nie zapisuje naszych słów. Zyskałam mniej obowiązków, ale straciłam te dobre poranki kiedy myłyśmy włosy, potem czesałyśmy, jak małe dziewczynki- wybierałyśmy czy lepiej pachnieć brzoskwiniowym czy miętowym szamponem. Straciłam te chwile, w których ciocia była sobą, gotowała mi, próbowała odwdzięczać się, starała się nadgonić stracone rozmowy. Opowiadała skondensowane historie swojego nieudanego małżeństwa, pracy, której jej pozbawiono, marzeń, na które nie miała odwagi nawet spojrzeć w myślach. Pamiętam takie zdania: „wiesz, ja dopiero jak skończyłam czterdzieści lat- miałam dość odwagi by pomóc mamie w kuchni. Zawsze bałam się, że popsuję jej smak. Zwykle wszystko przygotowywałam, brałam na siebie to, co surowe albo nieprzyrządzalne- jak nakrycie stołu, jak surowe warzywa do umycia, mięso do porcjowania.”. Ciocia utknęła w sobie. Ale do dziś wygrywa ze sobą małe bitwy. Nie boi się upiec ciasta dla większego grona. Odkąd Jej nie ma ze mną- to już nie jestem ja.

Babcia Anna Marina to melodia. To Ona przyniosła mi surowe zapachy nad kołyskę. To Ona nauczyła władać kawałkiem ziemi, to Ona rozwinęła przede mną las i pokazała jak szanować to co dzikie, jak podziwiać to czego nie pojmę. Jak pogodzić się z tym co nieosiągalne, jak przekuć to w pasję. Daleka babcia, znacznie bliższa mojej starszej siostrze. Kolejna kobieta, która pozostała za swoją granicą, nie zbliżając się- jest jednocześnie hojna, dzieli się wiedzą, doświadczeniem, spirytusem. Ale ma swoje poglądy, swoich znajomych, z którymi ma się swobodniej niż ze mną. Szanuję to i tak bardzo nie tęsknię. Spotykam Marinę w każdym zwierzęciu, którym poświęcam czas. Teraz tak jest z Dachlil. Do serca Dachlil dochodzę drogą wyuczoną przez Marinę. Zdecydowanie, choć ostrożnie. Mam pozornie krótkie paznokcie, zaczesane włosy. Ale jeśli trzeba będę potrafiła obronić się, jeśli to konieczne- zranić. I ta cecha, niespodziewanie wypłynęła podczas moich osobistych spraw, przeprowadzkowych, nowożeńskich… Zza chorego, milczącego ciała- wydarł się skowyt, którego nie znała ani Sophie, ani nikt inny. To Marina, poczułam Ją blisko siebie. Jest daleko ode mnie ale obroniła mnie. Przyszła w najmniej oczekiwanym momencie, jak prawdziwy przyjaciel. Wtedy kiedy było trzeba- pokonałam siebie, powiedziałam DOŚĆ i obroniłam swoją nową rodzinę przed złem.

 

O dziadku opowiadam tylko bliskim, niewiele napisałam o Nim wprost, choć to właśnie On zasługuje na spisanie dokonań, na zamknięcie w słowach godnych Jego postaw- obozowych losów, przyjaźni ponad podziałami, uratowanych ludzi i ocalonych zwierząt. Nie piszę o Nim dlatego, że był mężczyzną, że odbierał świat nieco inaczej, nie… Jemu po prostu się udało, mimo wszystko- miał swoją przestrzeń, swoje pasje. Nie zrzucił na karb wojny, lęku, choroby- niczego… Miał dom, zakład, żonę, dał życie pięciorgu dzieciom, którym pozwolił iść swoimi drogami. Ja mam serce na chłodnym talerzyku- odkąd pamiętam. Nie mam odwagi, nie mam sumienia marzyć o dziecku, którego mogłabym nie wychować. W zasadzie wartości nadaje mi wiara, o którą zabiegam, rozmowy z Bogiem, które zagęszczam. Bo wszystko inne co moje- nie dorównuje jednej drzazdze z magla po dziadku. Komu potrzebna moja przestrzeń, gorączka z wiecznego wrażenia. Śniło mi się dziecko. Lekarz powiedział- urodziła Pani, ale to nie jest Pani dziecko. Proszę je zwrócić matce. W drzwiach stała dziewczyna, która jest zakochana w moim mężu.

17:21, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
króliczki

 

Mam pięć lat, tej jesieni zmarzły kaktusy ciotce Helenie. Jest zimniej niż przypuszczano-mówi garbaty sąsiad. Ktoś krzyczy by nie zaganiać krów jeszcze, bo ściemnia się od strony Chodyrów, czyli wolno.  Siedzę na starym, kamiennym murze. Mur otacza dziecięcy cmentarz, a kamienie, które się na niego składają są duże, ale płaskie, ostro ciosane- jakby ktoś wyrywał je siłą z wnętrza ziemi. Nie płynęła po nich woda, ktoś dotykał ich wulgarnym, bezwzględnym narzędziem- powtarzam pod nosem- przesuwając dłonią po grzbiecie muru, który niesie moje myśli w głąb wilgotnej ziemi. Ta jesień. To jest czas, w którym poznaję wiele słów. Zapamiętuję je i oddalam się -by powtarzać je na głos tam, gdzie nikt nie usłyszy. Ofiarowuję  słowom nowe miejsca, dopasowuję je do rzeczy, ludzi i zjawisk, których nikt wcześniej nie dawał tym słowom. Tak wtedy myślę, czuję się matką, raz jeszcze rodzę świat w słowach. Jest już po zajęciach, przyjechałam na wieś, następnego dnia nie ma ćwiczeń. Przede mną sobota tutaj. Od świtu po  kolejny, niedzielny świt. Mam spać w tym dużym łóżku gościnnego pokoju, mam pomóc rano karmić ptactwo.  Zamykam oczy żeby nie oszaleć. Bardzo boli mnie głowa, trzęsą się ręce, wyrywa się lewa strona ciała. Z całej siły przywieram dłońmi do muru, prostuję plecy, unoszę głowę jak do ćwiczenia sylwetki z książką. Rozciągam mięśnie zwieszonych wzdłuż muru nóg. Bolą stopy od tańca, ale to ćwiczenie jak zawsze uspokaja mnie, zupełnie jakby przegląd mięśni w ciele i odnaleziony w nich poranny ból-  przywracał mi równowagę. Już nie zaciskam powiek tak mocno, same unoszą się nad wzrokiem jak baldachim, oddycham jak podczas snu o doskonałym fouetté. W końcu jestem tu i teraz, kamień, kamień- powtarzam. Za chwilę czuję jak głową w dół przebijam ciało ziemi. Jest wilgotno, ale ciepło, coraz cieplej. Kamienie zatrzymują mi się na ramionach,  ale w końcu ześlizgują się jak po mchu, dokładnie śledząc linię nadgarstka i palców. Płynę. Słyszę dokładnie wszystko co spulchnia ziemię od środka, co ją karmi, wzrusza, co składa się na jej woń. Wiem, że ten ktoś kto krzyczał na zewnątrz mnie- już sprowadził krowy, wiem też, że ludzie znikają powoli z dróg i podwórek. Wiem, że poszło spać już wiejskie ptactwo. Ale płynę, przypuszczam, że tam na zewnątrz marzną mi stopy. Mam niezbyt porządne półbuty, do tego za duże, bo musiały zmieścić mi się stopy z opatrunkiem usztywniającym bolące kostki. Jestem wewnątrz ziemi, ale widzę siebie z góry. Płaszczyk robiony na drutach przez Sophie, zielony kapelusik z kokardką jak u żony leśniczego, która ma takie miękkie, pachnące chlebem dłonie. Kucyk, nie taki jak u pani Sergiejewnej- bo moje włosy są bardzo proste, niepodatne wiatrom, tylko ciemniejące w wilgoci.

- Cała zziębnięta, pewnie zachorują jej nerki!- ciocia Helena wykrzykuje znad kuchennego pieca. Nie widzę dokładnie, nie jestem pewna do kogo mówi. Podchodzi szybkimi, małymi stopami, patrzy mi w oczy, poprawia poduszkę, kładzie na czole wilgotny ręcznik. – Ma gorączkę, Magda, podaj nalewkę. No pij, mała wariatko moja. Nie pytam przecież co się dzieje, nie pytam, spokojnie…  
Pokój, w którym leżałam był połączony z kuchnią. Ciotka Helena musiała palić w kuchennym piecu od samego rana, bo pachniało paloną topolą, żywicą i zupą, której- jak sobie wyobraziłam musiało być bardzo dużo. Ciotka do dziś ma ten zwyczaj- gotowania pożywnych zup i podawania ich w misach- gestem, jakim wyobrażam sobie- stawiano misy na dawnych szynkwasach.

W niedzielę, przed obiadem odbierano mnie. – No, czego się nauczyłaś? Umiesz pracować na gospodarstwie? Będzie coś z Ciebie? No, Haluś, grzeczna była?- mama zadawała pytanie za pytaniem, pobudzona bardzo, wypoczęta. – A może Ty mi powiesz?- pochyliła się nade mną, otoczyła mnie swoimi zielonymi oczami. Nie chciałam nic mówić, nie byłam pewna co powinnam, chciałam tu wrócić. A skoro czułam się dobrze mimo wszystko… Postanowiłam zrobić króliczka z ust, nie wyszedł mi, ale mama roześmiała się, westchnęła i świat poszedł dalej, nie tknąwszy mojego wnętrza we wnętrzu ziemi.

17:19, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2011

Wróciłam, nie wiem na ile. Topię ból w czopkach, zastrzykach, tabletkach. Staram się czytać, modlić, wrócić. Nie jest łatwo.

Wróciłam do mojego domu w Straganowym Mieście. Odciskam dłoń na koszulach K. Sprawdzam oddech żółwia, myszy, stawiam podstawki pod majeranek. Dlaczego doniczki dotąd stały bez podstawek? Widzę na podłodze ślady podlewania. K. też nie zwrócił uwagi, pod moją nie obecność podlewał na oślep. Zaschnięta woda złapała kurz i brud z przedpokoju. Woda zasuszyła ślady naszego życia, jak bursztyn muchę.

 

12:28, tamaryszek_tamar
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 grudnia 2011

Bardzo boli. 

00:47, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011

 

Jest kilka praw tego domu. Nie obierać ziemniaków przed gotowaniem. Nie stykać się chłodną dłonią z bolącym brzuchem. Nie przeganiać głodnych ptaków, ale wyjść ich pragnieniom naprzeciw. Nie mówić za głośno, nie krzyczeć za cicho. Znać Biblię, ponad każdą książkę.

-

Sobota, dawne święto Ojców. Żyję z gorączką już wiele dni. Zbijam ją i pracuję, uczę siebie i innych. Bardzo mi zależy na tym żeby ze wszystkim zdążyć, żeby nie niepokoiły się koszule mojego męża. Teraz czytam w kuchni, wstawiłam między uchylone kuchenne okno garnek z ugotowanymi ziemniakami. Popękały niektóre skórki, czuć pola pradziadków, zagięcia w skórze dłoni prababki Elisheby. Jest dobrze, nie mówmy o bólu. Mam kilka bardzo ładnych modlitw na dziś. K. czyta przy największym z naszych stołów. Ja jestem co chwilkę w każdym miejscu naszego domu. Wsłuchuję się w szufladę kuchennego stołu. Jest doskonała na moje skryte troski.

-

18:25, tamaryszek_tamar
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23